Pomysł na własną stronę ślubną zapoczątkował moje zainteresowanie tworzeniem stron internetowych i wyznaczył tor działania na kolejne lata: zgłębiania teorii, rozwijania praktyki i śledzenia nowoczesnych technologii.
Przenieśmy się do 2014 roku: moje przygotowania do ślubu, wybór białej sukni, gorączkowe poszukiwania sali ślubnej i bum… decyzja o wyprodukowaniu strony ślubnej.
To było z jednej strony znaczne ułatwienie, a z drugiej znaczne utrudnienie. Ułatwiło nam to organizację wielu rzeczy, ale z drugiej strony generowało dodatkową pracę – zwłaszcza w obszarze edukacji, testów i podejmowania (szybkich i niestandardowych) decyzji.
W 2014 roku ledwo wiedziałam czym jest HTML (czasami jeszcze rozpisywałam znaczniki ręcznie, na białej kartce papieru), CSS dopiero uczyłam się w praktyce (odwieczne pytanie: margin, padding czy border?), a pisanie skryptów obserwowałam na drugim monitorze. Jednak nie przejmowałam się tym bardzo – bo przyświecał mi jasny cel: nauczyć się czegoś w praktyce, zabezpieczyć zdjęcia i mieć swój kawałek _ (podłogi :-)).
Największy komplement
Tym największym komplementem była uwaga pracownika drukarni – wydając mi zaproszenia ślubne zachwycał się, że wyglądają jakby ktoś główną grafikę pisał piórem.
Tak, bo wprowadziłam „bardzo złożoną” obróbkę graficzna polegającą na zaprojektowaniu grafiki, narysowaniu jej ołówkiem, a następnie wypełnieniu piórem, wykonaniu fotografii, a później – po przeniesieniu na komputer – obrobieniu w programie GIMP (usuwając tło i zmniejszając liczbę kolorów) – tak, żeby wyglądała jak na kartce. Cieszę się, że mi się to udało.
Wpływ na dalsze projekty
Wracając jednak do wpływu strony i galerii ślubnej na dalsze moje projekty – w tym czasie nie znałam jeszcze pojęcia architektura informacji.
Nie miałam wtedy wiele formalnej wiedzy ani zaplecza technicznego czy realnego doświadczenia w tworzeniu stron. To było ćwiczenie technologii na żywym organizmie. Próba uporządkowania treści, relacji między nimi i sposobu, w jaki użytkownik miał się po nich poruszać.
Myśląc o stronie, nie zaczynałam od grafiki. Zaczynałam od dyskusji i szukania odpowiedzi na pytania:
- co jest tu najważniejsze,
- co jest dodatkiem,
- co użytkownik powinien zobaczyć najpierw,
- a co może odkryć później.
Nie miałam wtedy języka, żeby to nazwać, ale naturalnie budowałam hierarchię treści. Strona była dla mnie mapą — z punktami głównymi i bocznymi ścieżkami — a nie zbiorem przypadkowych podstron.
Już wtedy intuicyjnie czułam, że wrzucenie wszystkiego „na jedną stronę” nie rozwiązuje problemu, tylko go maskuje. Korzystałąm też z dostępnych sobie narzędzi czyli np. wiedzy i praktyki zdobytej na lekcjach marketingu (czy to na studiach czy w liceum) – w szczególności badania rynku i tworzenia przedsiębiorstwa.
Decyzje, które dziś nazwałabym architekturą informacji
Z perspektywy czasu widzę, że wiele decyzji, które wtedy podejmowałam, dotyczyło właśnie architektury informacji:
- podziału treści na sekcje i podstrony,
- kolejności ich prezentowania,
- nazewnictwa (co i jak nazywam, żeby było zrozumiałe),
- unikania przeciążenia jednej strony zbyt dużą ilością informacji.
Choć projekt był prosty technicznie, wymagał ciągłego zastanawiania się nad tym, jak użytkownik będzie się po nim poruszał i gdzie może się zgubić.
Ograniczenia pracy bez zaplecza technicznego
Praca bez CMS-a miała swoje konsekwencje.
Każda zmiana oznaczała ręczną ingerencję w pliki. Nie było miejsca na szybkie testy, warianty czy cofanie decyzji. Struktura strony musiała być przemyślana wcześniej, bo jej późniejsza zmiana była czasochłonna.
Z jednej strony było to ograniczające. Z drugiej — uczyło odpowiedzialności za decyzje projektowe – każdy błąd w strukturze od razu dawał o sobie znać. Wciąż „słyszałam głosy” z tyłu głowy i fotela obok – nie korzystaj z gotowych narzędzi, bo niczego się sama nie nauczysz. Lepiej wykorzystać znane rozwiązania na swój sposób niż dopasowywać swój pomysł do gotowych narzędzi.
Co zostało mi z tamtego myślenia
Patrząc retrospektywnie, praca przy własnej stronie ślubnej dała mi sporo satysfakcji i pozwoliła na dalsze pogłębianie wiedzy. Dalsze projektowanie, tworzenie, chcenie. Stała się takim zalążkiem, mocą stwórczą, że coś mogę zrobić mimo przeszkód.
Dziś, pracując z CMS-ami i gotowymi narzędziami, widzę jak łatwo jest ulec pokusie dokładania kolejnych elementów bez refleksji nad całością. To, że wtedy nie znałam jeszcze pojęcia „architektura informacji”, dziś jest jednym z fundamentów mojej pracy z CMS-ami — bo technologia nie zastępuje myślenia o strukturze.